Fajnie biega się rano, kiedy świat budzi się do życia. Kaczki w parku ledwo przecierają oczy i zwlekają się z mokrej od rosy trawy. Widać ich czerwone nóżki...
Rano więcej jest 'zwyrodnialców' biegowych. Fajnie się na nich patrzy. Widzimy siebie nawzajem. Machamy do siebie, uśmiechamy się, pozdrawiamy.
Więcej też jest pań po 50. Są fajne. Ubrane wszystkie tak samo - w za duże koszulki albo nawet koszule z kołnierzykiem i do tego rybaczki, za szerokie i lekko przyduże. Rozciągają się, chodzą z kijkami albo truchtają. Jestem zauroczona. I na forum oficjalnie im dziękuję, bo to naprawdę mobilizujący widok. I fajnie jest widzieć, że społeczeństwo się rusza, to daje nadzieję.
Mam tylko jeden taki mały, a w zasadzie duży i ważny apel - ludzie nie wylewajcie na siebie wiadra perfum! Po przebiegnięciu 500 metrów, podczas których minęłam 4 osoby, czułam, że za chwilę się porzygam. Każda z tych osób pachniała inaczej, ale każda bardzo intensywnie. Mijam kogoś, a jeszcze 10 metrów za nim ciągnie się zapach. Nie żebym miała coś przeciw zapachom, wręcz odwrotnie, sama ich używam i lubię. Ale, na litość boską, kiedy wszystko to zmieszało mi się w nosie, mało brakowało a musiałabym skręcić w krzaki za potrzebą wyrzygania wszystkiego, co właśnie zwąchałam.
Ale poza tym bieganie rankiem jest naprawdę miłe, słońce wschodzi, jest ładnie.
środa, 31 lipca 2013
wtorek, 30 lipca 2013
Biegiem w ciemną waginę
Jakkolwiek dziwnie brzmi ten tytuł, znaczenie ma jednak solidne!
Wróciliśmy z wakacji. Wakacji od pracy, wakacji od codziennych zmagań, wakacji od stręczących myśli, wakacji od biegania... Tak, od biegania też. Nieco żałowałam, ale tylko nieco, bo tam, gdzie byliśmy było wyjątkowo gorąco i bieganie można było uprawiać wyłącznie wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. A po naszych eskapadach z pewnością i tak nie miałabym już na to siły.
Dlatego właśnie podczas wakacji nie biegałam, ale też nie nie robiłam nic (milion zaprzeczeń...) - chodziłam, jeździłam rowerem, pływałam i znowu chodziłam.
Ale w końcu wróciłam do domu, do pracy i do nawyków sprzed wakacji. I do biegania.
Przed wyjściem zastanawiałam się o czym będę myśleć jak będę biegać. Czy znowu nie przyjdzie mi do głowy żaden kreatywny pomysł, czy będę myśleć o tym, co mam myśleć, czy zmęczę się tym masłem maślanym, czy raczej pomoże mi to wykreować jakąś nową myśl?
I stało się... odziałam się w strój specjalny i buty też i wyszłam z domu. Odczekałam aż czasomierz, pulsometr i GPS w jednym zlokalizuje satelitę i ruszyłam.
Wbiegłam do parku mijając grupkę zmierzwionych chłopaczków siedzących na schodach. Wyglądali nieco podejrzanie, ale ja po zmroku obawiam się co trzeciej osoby, więc żadna tam ze mnie wyrocznia.
Biegnę. Myślę. Czy dam radę przebiec szóstkę w czterdzieści? Czy zaraz zaczną boleć mnie łydki? Czy znowu będę miała problem z tętnem? Kiedy poczuję zmęczenie...Jak tam moje kolana, przy okazji - pamiętaj, nie odchylaj kolana od poziomu miednicy. Boże czemu jest tak ciemno? Jest coraz ciemniej, biegnę. Park dziurawy zacerowany jedynie kilkoma latarniami. Biegnę. Po lewej stronie widzę dziewczynę. Idzie. Trochę biegnie. Ale mało. Ja w sumie też, ale nikt nie zabroni mi powiedzieć tego o tej innej biegającej. Biegnę. Patrzę przed siebie. Zastanawiam się, czy ta dziewczyna ma taki trening, że trochę idzie a trochę biegnie (może nawet biegnie szybko - nie widzę, bo jest za ciemno i nie widzę), czy po prostu ma jeszcze mało doświadczenia? No nie wiem. Biegnę. Znowu patrzę przed siebie - jezuuu, widzę wielką, ciemną waginę! To straszne, czy nie ma odwrotu? Nie, no przecież nie będę robić z siebie wariatki i nie zawrócę teraz na środku chodnika w jedną stronę, bo przecież jak zawrócę, to będę miała tylko 500 metrów przed sobą do biegania. Dramat jakiś. No to biegnę. Ogromna wagina jest coraz bliżej. Za nią tylko ciemność, żadnego światła, cienia żadnego, nic. null. Jest coraz gorzej. Czy ta wielka wagina mnie wciągnie? Czy widzę ją dlatego, że przed wyjściem z domu w telewizorze puszczali właśnie program dokumentalny o kobietach pracujących w branży porno? Nadal jestem przerażona, ale wagina zbliża się nieuchronnie. Nie mam odwrotu, wbiegam w nią.... Przebiegłam przez tą dziwną 'bramę' i w oddali zobaczyłam światło latarni. Matko jedyna, to było dziwne. No nic, muszę biec dalej. Biegnę. Z lewej zbliża się dziewczyna biegająco-chodząca. Napiera z lewej, zawraca, mijamy się. Nie patrzę na nią. Bo nie mam ochoty. Biegnę. Wbiegam pod tunel. Lecę, pędzę, zastanawiam się o czym by tu pomyśleć - może o mojej przyszłości, może o moim związku, relacji mojej, może...W oddali widzę uciekającą koszulkę. Jakby piłkarską. Gonię. Kurcze, biegnie szybko. Gonię. Znika za krzakami. Jezu, a jak to nie biegacz i wyskoczy zaraz zza tych krzaków i będzie chciał coś mi zrobić? Aaaach, miałam przecież myśleć o moim życiu, o moich planach na przyszłość... O dziewczyna biegnie, jak śmiesznie biegnie. Fajną ma koszulkę - taką czarną z białą kokardką przy dekoldzie. Chyba mam podobną, tylko nie czarną. O biegnie za nią następna, cała na czarno, że niby taka niewidoczna, wyszczuplona.
Mijamy się, nie patrzę na nią. Mam twarz rozpaloną, całą czerwoną na pewno, to po co mam jeszcze patrzeć i widzieć jak mi się przygląda.
Biegnę. Koszulka piłkarska uciekła. Może pobiegła w lewo, to ja lecę w prawo. Nieźle jest, trochę jaśniej. Blisko ulicy, dużo tirów. Nie jest to fajne miejsce do biegania, ale przynajmniej latarnie świecą. Ojej, zegarek pika - alarm daje znać, że tętno za wysokie. I się zaczęło. Jak ja mam biegać, żeby to tętno utrzymać w ryzach? Żeby ono tak szybko nie wzrastało? Kiedy ja chcę trochę szybciej, bo przecież szybciej też trzeba biec, to ono hyc i już przy 85%, a ja dziś tylko do 85% mogę. I co tu robić? Biegnę, kończy się ulica z latarniami, trzeba skręcić do parku. Znowu ciemno. Biegnę szybciej. Biegnę, bo czas leci, a ja nic nie wymyśliłam jeszcze przecież. I ciemność wszechogarniająca. Gdyby teraz ktoś wyskoczył zza krzaka, przecież umarłabym na zawał serca. Lecę, tętno wzrasta, zegarek pika. A w cholerę niech pika. Znowu kilka łebków widzę z daleka, cieni w zasadzie, nie wiem mężczyźni to, chłopcy, czy dziewczyny... nie ważne, trzeba gonić pędzić, bo ciemno coraz bardziej. Jakoś przed 22.00 będzie, więc nie ma się co tu rozwodzić i trzeba wracać. Nikt tu nie biega już. Mijam Pana Tuptusia z fajką w jednej i flaszką chowanego taniego wina w drugiej ręce. Patrzę na zegarek - minęła 41 minuta, szybko dobiegam do wyjścia z parku i słyszę jeszcze za sobą - 'to ktoś tu jeszcze o tej porze biega..' Dobiegam do ulicy. Zatrzymuję stoper, zatrzymuję siebie. Światła są, droga do domu bezpieczna. Idę. Mało brakowało, a zjadłyby mnie wszystkie moje strachy.
Kurcze, ale miałam przecież dojść do wniosków jakiś, rozwiązać problem, albo plany życiowe postanowić.... Cholera, znowu nic...
Jutro znowu idę biegać. Może wtedy.
Tylko chyba pójdę rano, może będzie jaśniej i nie będę musiała biegać przez waginę.
Na koniec zdjęcia z wakacji:
Jedzenie - jest ważne, bardzo ważne:)

Wróciliśmy z wakacji. Wakacji od pracy, wakacji od codziennych zmagań, wakacji od stręczących myśli, wakacji od biegania... Tak, od biegania też. Nieco żałowałam, ale tylko nieco, bo tam, gdzie byliśmy było wyjątkowo gorąco i bieganie można było uprawiać wyłącznie wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. A po naszych eskapadach z pewnością i tak nie miałabym już na to siły.
Dlatego właśnie podczas wakacji nie biegałam, ale też nie nie robiłam nic (milion zaprzeczeń...) - chodziłam, jeździłam rowerem, pływałam i znowu chodziłam.
Ale w końcu wróciłam do domu, do pracy i do nawyków sprzed wakacji. I do biegania.
Przed wyjściem zastanawiałam się o czym będę myśleć jak będę biegać. Czy znowu nie przyjdzie mi do głowy żaden kreatywny pomysł, czy będę myśleć o tym, co mam myśleć, czy zmęczę się tym masłem maślanym, czy raczej pomoże mi to wykreować jakąś nową myśl?
I stało się... odziałam się w strój specjalny i buty też i wyszłam z domu. Odczekałam aż czasomierz, pulsometr i GPS w jednym zlokalizuje satelitę i ruszyłam.
Wbiegłam do parku mijając grupkę zmierzwionych chłopaczków siedzących na schodach. Wyglądali nieco podejrzanie, ale ja po zmroku obawiam się co trzeciej osoby, więc żadna tam ze mnie wyrocznia.
Biegnę. Myślę. Czy dam radę przebiec szóstkę w czterdzieści? Czy zaraz zaczną boleć mnie łydki? Czy znowu będę miała problem z tętnem? Kiedy poczuję zmęczenie...Jak tam moje kolana, przy okazji - pamiętaj, nie odchylaj kolana od poziomu miednicy. Boże czemu jest tak ciemno? Jest coraz ciemniej, biegnę. Park dziurawy zacerowany jedynie kilkoma latarniami. Biegnę. Po lewej stronie widzę dziewczynę. Idzie. Trochę biegnie. Ale mało. Ja w sumie też, ale nikt nie zabroni mi powiedzieć tego o tej innej biegającej. Biegnę. Patrzę przed siebie. Zastanawiam się, czy ta dziewczyna ma taki trening, że trochę idzie a trochę biegnie (może nawet biegnie szybko - nie widzę, bo jest za ciemno i nie widzę), czy po prostu ma jeszcze mało doświadczenia? No nie wiem. Biegnę. Znowu patrzę przed siebie - jezuuu, widzę wielką, ciemną waginę! To straszne, czy nie ma odwrotu? Nie, no przecież nie będę robić z siebie wariatki i nie zawrócę teraz na środku chodnika w jedną stronę, bo przecież jak zawrócę, to będę miała tylko 500 metrów przed sobą do biegania. Dramat jakiś. No to biegnę. Ogromna wagina jest coraz bliżej. Za nią tylko ciemność, żadnego światła, cienia żadnego, nic. null. Jest coraz gorzej. Czy ta wielka wagina mnie wciągnie? Czy widzę ją dlatego, że przed wyjściem z domu w telewizorze puszczali właśnie program dokumentalny o kobietach pracujących w branży porno? Nadal jestem przerażona, ale wagina zbliża się nieuchronnie. Nie mam odwrotu, wbiegam w nią.... Przebiegłam przez tą dziwną 'bramę' i w oddali zobaczyłam światło latarni. Matko jedyna, to było dziwne. No nic, muszę biec dalej. Biegnę. Z lewej zbliża się dziewczyna biegająco-chodząca. Napiera z lewej, zawraca, mijamy się. Nie patrzę na nią. Bo nie mam ochoty. Biegnę. Wbiegam pod tunel. Lecę, pędzę, zastanawiam się o czym by tu pomyśleć - może o mojej przyszłości, może o moim związku, relacji mojej, może...W oddali widzę uciekającą koszulkę. Jakby piłkarską. Gonię. Kurcze, biegnie szybko. Gonię. Znika za krzakami. Jezu, a jak to nie biegacz i wyskoczy zaraz zza tych krzaków i będzie chciał coś mi zrobić? Aaaach, miałam przecież myśleć o moim życiu, o moich planach na przyszłość... O dziewczyna biegnie, jak śmiesznie biegnie. Fajną ma koszulkę - taką czarną z białą kokardką przy dekoldzie. Chyba mam podobną, tylko nie czarną. O biegnie za nią następna, cała na czarno, że niby taka niewidoczna, wyszczuplona.
Mijamy się, nie patrzę na nią. Mam twarz rozpaloną, całą czerwoną na pewno, to po co mam jeszcze patrzeć i widzieć jak mi się przygląda.
Biegnę. Koszulka piłkarska uciekła. Może pobiegła w lewo, to ja lecę w prawo. Nieźle jest, trochę jaśniej. Blisko ulicy, dużo tirów. Nie jest to fajne miejsce do biegania, ale przynajmniej latarnie świecą. Ojej, zegarek pika - alarm daje znać, że tętno za wysokie. I się zaczęło. Jak ja mam biegać, żeby to tętno utrzymać w ryzach? Żeby ono tak szybko nie wzrastało? Kiedy ja chcę trochę szybciej, bo przecież szybciej też trzeba biec, to ono hyc i już przy 85%, a ja dziś tylko do 85% mogę. I co tu robić? Biegnę, kończy się ulica z latarniami, trzeba skręcić do parku. Znowu ciemno. Biegnę szybciej. Biegnę, bo czas leci, a ja nic nie wymyśliłam jeszcze przecież. I ciemność wszechogarniająca. Gdyby teraz ktoś wyskoczył zza krzaka, przecież umarłabym na zawał serca. Lecę, tętno wzrasta, zegarek pika. A w cholerę niech pika. Znowu kilka łebków widzę z daleka, cieni w zasadzie, nie wiem mężczyźni to, chłopcy, czy dziewczyny... nie ważne, trzeba gonić pędzić, bo ciemno coraz bardziej. Jakoś przed 22.00 będzie, więc nie ma się co tu rozwodzić i trzeba wracać. Nikt tu nie biega już. Mijam Pana Tuptusia z fajką w jednej i flaszką chowanego taniego wina w drugiej ręce. Patrzę na zegarek - minęła 41 minuta, szybko dobiegam do wyjścia z parku i słyszę jeszcze za sobą - 'to ktoś tu jeszcze o tej porze biega..' Dobiegam do ulicy. Zatrzymuję stoper, zatrzymuję siebie. Światła są, droga do domu bezpieczna. Idę. Mało brakowało, a zjadłyby mnie wszystkie moje strachy.
Kurcze, ale miałam przecież dojść do wniosków jakiś, rozwiązać problem, albo plany życiowe postanowić.... Cholera, znowu nic...
Jutro znowu idę biegać. Może wtedy.
Tylko chyba pójdę rano, może będzie jaśniej i nie będę musiała biegać przez waginę.
Na koniec zdjęcia z wakacji:
Jedzenie - jest ważne, bardzo ważne:)
Widok
Plaża

środa, 17 lipca 2013
Trening
Biegam.Kiedy nie biegam,jeżdżę na rowerze.I o dziwo wtedy też myślę:-)Podczas jazdy na rowerze częściej zdarza mi się myśleć o minionych zdarzeniach,częściej analizuję,szukam rozwiązania.Niestety nadal nie wpadam na odkrywcze pomysły.Ale może to wynikać z tego,że nie jestem na tyle 'open minded',żeby odkrywać nieodkryte tak z zasady.
Chciałabym zaznaczyć jakoby na wstępie,że nie mianuje się biegaczem.Daleko mi do nich i pewnie z tego też wynika specyfika mojego myślenia podczas treningu. Biegam od kilkunastu miesięcy,niestety z przerwą,więc regularnie od około pół roku. Najpierw dwa razy w tygodniu po 20 minut robiłam 6-8km tygodniowo,teraz cztery razy w tygodniu robię około 25km tygodniowo.Dużo i nie dużo-zależy od punktu widzenia.
Chciałabym zaznaczyć jakoby na wstępie,że nie mianuje się biegaczem.Daleko mi do nich i pewnie z tego też wynika specyfika mojego myślenia podczas treningu. Biegam od kilkunastu miesięcy,niestety z przerwą,więc regularnie od około pół roku. Najpierw dwa razy w tygodniu po 20 minut robiłam 6-8km tygodniowo,teraz cztery razy w tygodniu robię około 25km tygodniowo.Dużo i nie dużo-zależy od punktu widzenia.
Nie o tym,póki co.
Nie będę się też mianować blogerką, bo temu trzeba się poświęcić nieco bardziej niż tylko korzystać z możliwości publicznego pisania o prywatnych myślach;-) Będę po prostu pisała o tym co wybiegam.Choć widząc i czytając jak łatwo dziś zostać blogerem mając nikłe informacje (nie mówiąc o praktycznych umiejętnościach) o pisaniu, ortografii, interpunkcji ale i merytorycznej wartości przekazywanych treści-chyba jednak mam predyspozycje.
Porzucając już wstęp i przedstawianie spraw jak się mają,przejdę do meritum. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi-muszę na chwilę przerwać bieganie.Na tydzień.Po pierwsze nieco jestem zmęczona,po drugie lecę na wakacje. Szczerze mówiąc obawiam się,że będę bardzo tęsknić za tą formą,zamierzam jednak korzystać z innych możliwych dostępnych.
Przy okazji - jeździłam dziś rowerem. Myślałam o własnym poczuciu wartości,o swojej formie fizycznej,o zniewoleniu,zniewagach,szacunku,empatii i o wypadku,który miałam ostatnio jadąc na rowerze. Wróciłam nieco bardziej pewna siebie, na pewno wyciszona,spokojna (bo zmęczona) i że świadomością, że strachom trzeba stawiać czoła-w końcu jeździłam pierwszy raz po wypadku.Następnymm razem postaram się jednak skrululatniej opisać moje myśli.
Po urlopie wracam do regularnego biegania,więc będzie co pisać.
Tymczasem dobranoc
sobota, 13 lipca 2013
Osobisty stan myśli
Jest tak, że nie wpisuję się raczej we wszystkie złote myśli na temat myśli podczas biegania.
Ne napiszę tu dlaczego biegam, bo o tym można przeczytać w każdym piśmie i niemal każdym w nim artykule. Wiadomo-biegam, bo lubię, bo schudnę, bo będę zdrowsza, normalniejsza, będę dłużej żyła i bo konstruktywne myślenie mi się poprawi. I tu zaczyna się sedno sprawy. Mojej sprawy...
Moje myślenie podczas biegania chyba jednak odbiega od standardów przyjętych w świecie biegaczy.
Czytam, że wszystko mi się rozjaśni podczas biegania, że przychodzą do głowy nowe pomysły, rozwiązanie problemów i innych trudnych spraw, że podczas biegania wpadnę na nowy super pomysł, że pewnikiem wykoncypuję nowy światowej sławy wynalazek... a tu nic...
I co z tym fantem zrobić? No nie zamierzam podupadać na samopoczuciu z powodu niewynalezienia żadnego nowego wynalazku, ale zamierzam ujawnić co się dzieje z moimi myślami podczas biegania. Ujrzą światło dzienne moje niczym nie skrępowane pokłady twórczego bieganiowego myślenia.I albo złamię tezę o superhiper kreatywnym myśleniu podczas biegania (i okaże się, że nie jestem sama), albo okaże się, że moje myślenie się poprawi i wtedy ten blog unaoczni mi owe zmiany.
Sprawdzę to :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
