Tak, dokładnie tak. Poszłam biegać. Po jakiejś dwutygodniowej przerwie. Uznałam, że rower i fitness były wystarczajacymi podtrzymywaczami mojej formy przez ostatnie kilka dni, abym teraz spokojnie mogła oddać się bieganiu. I oczywiście tak też było...przez pierwsze 4 kilometry. Nogi same niosły, buty same biegły, mknęłam, płynęłam przez gęstego przestwór oceanu....było fantastycznie, cudownie! Aż tu nagle przy zakręcie w czwarty kilometr stało się nieuniknione. Jak gdyby nigdy nic ciało zaczęło się pocić, bo niby czemu nie, w końcu mamy środek lata, temperatura wysoka dość. Kolejno zaczęło doskwierać kolano, nie żeby od razu bolało, ale czułem je powoli...coraz mocniej...przy każdym ruchu. Ok, no jakoś to przeżyję, w końcu nie biegam teraz tak często, więc jak raz zagryzę zęby i będę kontynuowała bieg, to kolanu nic się takiego nie stanie, potem odpocznie, potem odpocznie...No tak i nagle przy 5 kilometrze wpadam na pomysł, żeby jeszcze nie wracać, żeby może jeszcze coś...ze dwa chociaż. Oddech coraz cięższy, skręcam pod górkę, mijam jednego biegacza. Machamy do siebie, jest moc, facet biegnie szybko, równomiernie, pachnie profeską na kilometr. Mijam drugiego - trochę idzie, kiedy mnie widzi zaczyna biec. Fajnie, że próbuje! Ja na 5,5 kilmetrze...jest gorzej, niemoc jakaś ogrania mnie, może jednak wracać, zawrócić. Pod górkę lecę, staram się utrzymać równomierne tempo, ale jest różnie. Stawiam sobie cel - do tego budynku i zawracam, ok. Tak robię. Po nawrotce zaczynam się cieszyć, że wracam. I wtedy właśnie, kiedy zostało mi jakieś 2 kilo do domu, moje opasłe cztery litery zaczęły obciążać moje nogi. Te pod ciężarem tomów dwóch (lub czterech) zaczęły się uginać. Coraz ciężej było stawiać nogę za nogą, coraz ciężej było je w ogóle podnosić, żeby postawić przed sobą. Zatrzymaj się - pomyślałam - przespaceruj się, przecież dość już przebiegłaś - nie! odpowiadam sobie sama. No wiadomo, moja ambicja nie na takie rzeczy nie pozwalała, więc i tym razem się nie ugnie. Inaczej musiałaby mnie potem karcić przez trzy dni, namawiając co dzień do podciągnięcia się na kolejnym treningu. Biegnę do świateł. Jest czerwone, więc przystanę i odpocznę. Dobiegam do śwateł - zmiana na zielone. Nie zdążyłam przystanąć. Pędzę. Jeszcze tylko półtorej kilo, będzie git. Wbiegam do parku, ja cież pierdziu, znowu podbieg. Zmobilizujcie się nogi i podnieście opasłe tomy jeszcze na 5 minut. I nagle zza horyzontu wyłaniają się biegacze. No i trzeba być teraz świeżym, pachnącym, niezmęczonym i szybkobiegającym, bo przecież dopiero co wbiegłam do parku - mekki okolicznych biegaczy-więc nie mogę od razu być na wykończeniu. Głowa do góry, pierś do przodu, opasłe tomy napinają się i ciągną w górę, by pomóc nogom.
Jest. Udało się, przebiegłam park nieco szybciej, niż się spodziewałam:) Wyłączając zegarek zerkam na kilometraż - jest 9. Nieźle :)
No to, zabieram moje opasłe cztery litery na zasłużony odpoczynek, jutro znowu trening fitnesowy, coby szybciutko zrobić porządek z moją encyklopedią wielotomową:)
dobranoc.
środa, 6 sierpnia 2014
Po prostu
Po prostu wracam. Do biegania wróciłam. Do życia czasem wracam, czasem nie, zależy.
Po ubiegłorocznych perturbacjach zdrowotnych bieganie regularne nie jest mi dane. Czasem mogę, czasem nie... wniosek jest ohydny - czasem biegam, czasem nie...
Tak czy owak czasem biegam. Z naciskiem na biegam.
Czasem też o bieganiu myślę, czasem śnię, że biegam. Choć z tym śnieniem o bieganiu jest różnie, dziwnie jest. Kiedy śnię, nie mogę biec, w śnie nie mogę biec - rozpędzam się, a potem nagle okazuje się, że nie mogę biec, jakby mocy we mnie brak. Zawsze potem, kiedy się budzę, pamiętam tylko to, że znowu we śnie nie mogłam biec.
Żeby nie było skojarzeń, że tak mam, od kiedy 'nie mogę' biegać, dodam, że tak mam od dzieciństwa.
To z pewnością kwestia jakiś ograniczeń w mojej głowie, czy innych takich psycho-historii.
Właściwie to chciałam tylko powiedzieć, że chcę tu być, więc postaram się czasem zaglądać. Choć pewnie poza mną nikt inny tu nie zagląda, to jednak ja się postaram;)
Dziś dla przykładu pójdę biegać...chyba, bowiem ostatnimi czasy poza rowerem zaczęłam także lubić fitness (o zgrozo, a jednak!). Niektórych to bawi, ale ja liczę na efekt kaloryfera na brzuchu;)
pozdrawiam nieistniejących!
Subskrybuj:
Posty (Atom)