Tak, dokładnie tak. Poszłam biegać. Po jakiejś dwutygodniowej przerwie. Uznałam, że rower i fitness były wystarczajacymi podtrzymywaczami mojej formy przez ostatnie kilka dni, abym teraz spokojnie mogła oddać się bieganiu. I oczywiście tak też było...przez pierwsze 4 kilometry. Nogi same niosły, buty same biegły, mknęłam, płynęłam przez gęstego przestwór oceanu....było fantastycznie, cudownie! Aż tu nagle przy zakręcie w czwarty kilometr stało się nieuniknione. Jak gdyby nigdy nic ciało zaczęło się pocić, bo niby czemu nie, w końcu mamy środek lata, temperatura wysoka dość. Kolejno zaczęło doskwierać kolano, nie żeby od razu bolało, ale czułem je powoli...coraz mocniej...przy każdym ruchu. Ok, no jakoś to przeżyję, w końcu nie biegam teraz tak często, więc jak raz zagryzę zęby i będę kontynuowała bieg, to kolanu nic się takiego nie stanie, potem odpocznie, potem odpocznie...No tak i nagle przy 5 kilometrze wpadam na pomysł, żeby jeszcze nie wracać, żeby może jeszcze coś...ze dwa chociaż. Oddech coraz cięższy, skręcam pod górkę, mijam jednego biegacza. Machamy do siebie, jest moc, facet biegnie szybko, równomiernie, pachnie profeską na kilometr. Mijam drugiego - trochę idzie, kiedy mnie widzi zaczyna biec. Fajnie, że próbuje! Ja na 5,5 kilmetrze...jest gorzej, niemoc jakaś ogrania mnie, może jednak wracać, zawrócić. Pod górkę lecę, staram się utrzymać równomierne tempo, ale jest różnie. Stawiam sobie cel - do tego budynku i zawracam, ok. Tak robię. Po nawrotce zaczynam się cieszyć, że wracam. I wtedy właśnie, kiedy zostało mi jakieś 2 kilo do domu, moje opasłe cztery litery zaczęły obciążać moje nogi. Te pod ciężarem tomów dwóch (lub czterech) zaczęły się uginać. Coraz ciężej było stawiać nogę za nogą, coraz ciężej było je w ogóle podnosić, żeby postawić przed sobą. Zatrzymaj się - pomyślałam - przespaceruj się, przecież dość już przebiegłaś - nie! odpowiadam sobie sama. No wiadomo, moja ambicja nie na takie rzeczy nie pozwalała, więc i tym razem się nie ugnie. Inaczej musiałaby mnie potem karcić przez trzy dni, namawiając co dzień do podciągnięcia się na kolejnym treningu. Biegnę do świateł. Jest czerwone, więc przystanę i odpocznę. Dobiegam do śwateł - zmiana na zielone. Nie zdążyłam przystanąć. Pędzę. Jeszcze tylko półtorej kilo, będzie git. Wbiegam do parku, ja cież pierdziu, znowu podbieg. Zmobilizujcie się nogi i podnieście opasłe tomy jeszcze na 5 minut. I nagle zza horyzontu wyłaniają się biegacze. No i trzeba być teraz świeżym, pachnącym, niezmęczonym i szybkobiegającym, bo przecież dopiero co wbiegłam do parku - mekki okolicznych biegaczy-więc nie mogę od razu być na wykończeniu. Głowa do góry, pierś do przodu, opasłe tomy napinają się i ciągną w górę, by pomóc nogom.
Jest. Udało się, przebiegłam park nieco szybciej, niż się spodziewałam:) Wyłączając zegarek zerkam na kilometraż - jest 9. Nieźle :)
No to, zabieram moje opasłe cztery litery na zasłużony odpoczynek, jutro znowu trening fitnesowy, coby szybciutko zrobić porządek z moją encyklopedią wielotomową:)
dobranoc.
chochlikbiega
środa, 6 sierpnia 2014
Po prostu
Po prostu wracam. Do biegania wróciłam. Do życia czasem wracam, czasem nie, zależy.
Po ubiegłorocznych perturbacjach zdrowotnych bieganie regularne nie jest mi dane. Czasem mogę, czasem nie... wniosek jest ohydny - czasem biegam, czasem nie...
Tak czy owak czasem biegam. Z naciskiem na biegam.
Czasem też o bieganiu myślę, czasem śnię, że biegam. Choć z tym śnieniem o bieganiu jest różnie, dziwnie jest. Kiedy śnię, nie mogę biec, w śnie nie mogę biec - rozpędzam się, a potem nagle okazuje się, że nie mogę biec, jakby mocy we mnie brak. Zawsze potem, kiedy się budzę, pamiętam tylko to, że znowu we śnie nie mogłam biec.
Żeby nie było skojarzeń, że tak mam, od kiedy 'nie mogę' biegać, dodam, że tak mam od dzieciństwa.
To z pewnością kwestia jakiś ograniczeń w mojej głowie, czy innych takich psycho-historii.
Właściwie to chciałam tylko powiedzieć, że chcę tu być, więc postaram się czasem zaglądać. Choć pewnie poza mną nikt inny tu nie zagląda, to jednak ja się postaram;)
Dziś dla przykładu pójdę biegać...chyba, bowiem ostatnimi czasy poza rowerem zaczęłam także lubić fitness (o zgrozo, a jednak!). Niektórych to bawi, ale ja liczę na efekt kaloryfera na brzuchu;)
pozdrawiam nieistniejących!
środa, 20 listopada 2013
Dzień dobry...
Jestem chwilowo niebiegającym biegaczem... To przykre doświadczenie.
Opuściłam się, jęczę z bólu i rozpaczy, gryzę biegową bluzę i marzę już o chwili, kiedy znowu będę mogła założyć buty do biegania...
Na szczęście przed opuszczeniem gardy zdążyłam jeszcze pobiec w półmaratonie:) Ukończyłam, udało się. To był chyba najfajniejszy moment w moim biegowym życiu. Nie obyłabym się oczywiście bez mojego personal trainer, czyli osobistego męża, który biegł ze mną, pomagał, wspierał, targał moją wodę i żelki energetyczne i przez cały czas wierzył, że ukończę bieg z lepszym czasem niż się spodziewam! Udało się! Ukończyłam z lepszym czasem niż się spodziewałam.
No szczerze mówiąc nie spodziewałam się. Byłam z siebie dumna.
Fajnie mieć za sobą pierwszy start. Pobiłam wszystkie swoje dotychczasowe rekordy, zrobiłam podczas tego biegu życiówkę na 5,10,15km i do tego jeszcze połówka! Cóż za traf!
półmaraton chochlika możesz zobaczyć, jeśli chcesz. Kliknij tylko 'zobacz w metryczne', coby nie przeliczać mili na km:)
Niestety to w tym sezonie był mój pierwszy i ostatni start. Póki co muszę odstawić bieganie, tylko co tu robić z taką potrzebą niezaspokojoną....
Opuściłam się, jęczę z bólu i rozpaczy, gryzę biegową bluzę i marzę już o chwili, kiedy znowu będę mogła założyć buty do biegania...
Na szczęście przed opuszczeniem gardy zdążyłam jeszcze pobiec w półmaratonie:) Ukończyłam, udało się. To był chyba najfajniejszy moment w moim biegowym życiu. Nie obyłabym się oczywiście bez mojego personal trainer, czyli osobistego męża, który biegł ze mną, pomagał, wspierał, targał moją wodę i żelki energetyczne i przez cały czas wierzył, że ukończę bieg z lepszym czasem niż się spodziewam! Udało się! Ukończyłam z lepszym czasem niż się spodziewałam.
No szczerze mówiąc nie spodziewałam się. Byłam z siebie dumna.
Fajnie mieć za sobą pierwszy start. Pobiłam wszystkie swoje dotychczasowe rekordy, zrobiłam podczas tego biegu życiówkę na 5,10,15km i do tego jeszcze połówka! Cóż za traf!
półmaraton chochlika możesz zobaczyć, jeśli chcesz. Kliknij tylko 'zobacz w metryczne', coby nie przeliczać mili na km:)
Niestety to w tym sezonie był mój pierwszy i ostatni start. Póki co muszę odstawić bieganie, tylko co tu robić z taką potrzebą niezaspokojoną....
środa, 7 sierpnia 2013
Biegacz na starość...
Moja kondycja. Dziś. Jest. Gorsza.
Nie lubię tych momentów, kiedy po fajnym biegu (najczęściej po takim,kiedy udało mi się osiągnąć coś nowego), kolejny okazuje się być słabszym.
Nogi są ciężkie, łydki bolą, myśli są ciężkie, męczę się szybciej i bardziej.
Do tego ta pogoda - nie sposób się nie zmęczyć jeśli słońce praży, duża wilgotność i nie masz czym oddychać.
Ale biegnę, bo przecież 'pogoda do biegania jest zawsze':)
Patrzę na starość, rano w parku. Biegnę. Widzę starość. Jest ok, jeśli starość jest sprawna, rusza się szybko, nie ociężale. Jeśli jest czysta, schludna i kulturalna. Jeśli nie poci się zanadto, nie śmierdzi i tryska poczuciem humoru. Jeśli pełna jest wigoru, radości z życia, satysfakcji. Jeśli podąża za zmianami, jest w miarę na bieżąco z kulturą, trendami, jeśli kultywuje tradycje, ma swoje wartości i zasady.
Tylko takiej starości nie ma! Takiej nie ma!
Starość jest niedołężna, cuchnie minionym życiem (nie zawsze świeżymi doznaniami), fermentuje, kiśnie i wędzi się! Starość nie zna litości, nie lubi się ruszać, woli raczej gnuśnieć przed otwartym oknem z łokciami na parapecie. Starość jest bezzębna, sepleni, ślini się, otwiera zaśniedziały skarbczyk z przeterminowanymi mądrościami i udaje, że jest najlepsza na świecie! Starość nosi moherowy beret.
Nie lubię starości. Nie wiem, czy będę umiała się z nią przywitać i zaprosić na herbatę, jak do mnie przyjdzie.
Może zrobię jej psikusa i zaproszę na wspólną przebieżkę? Może ją przechytrzę i ucieknę jej? Wezmę ją do siebie tylko pod warunkiem, że mnie przegoni.
Rano biega się najlepiej, wtedy starość jest bardziej ruchliwa niż popołudniu.
Rano jest najfajniej, jak wstaje słońce.
Rano starość szybciej można przegonić!
Zaklinam cię 'rano' - bądź dla mnie już zawsze!
to mówiłam ja - wariatka :)
Nie lubię tych momentów, kiedy po fajnym biegu (najczęściej po takim,kiedy udało mi się osiągnąć coś nowego), kolejny okazuje się być słabszym.
Nogi są ciężkie, łydki bolą, myśli są ciężkie, męczę się szybciej i bardziej.
Do tego ta pogoda - nie sposób się nie zmęczyć jeśli słońce praży, duża wilgotność i nie masz czym oddychać.
Ale biegnę, bo przecież 'pogoda do biegania jest zawsze':)
Patrzę na starość, rano w parku. Biegnę. Widzę starość. Jest ok, jeśli starość jest sprawna, rusza się szybko, nie ociężale. Jeśli jest czysta, schludna i kulturalna. Jeśli nie poci się zanadto, nie śmierdzi i tryska poczuciem humoru. Jeśli pełna jest wigoru, radości z życia, satysfakcji. Jeśli podąża za zmianami, jest w miarę na bieżąco z kulturą, trendami, jeśli kultywuje tradycje, ma swoje wartości i zasady.
Tylko takiej starości nie ma! Takiej nie ma!
Starość jest niedołężna, cuchnie minionym życiem (nie zawsze świeżymi doznaniami), fermentuje, kiśnie i wędzi się! Starość nie zna litości, nie lubi się ruszać, woli raczej gnuśnieć przed otwartym oknem z łokciami na parapecie. Starość jest bezzębna, sepleni, ślini się, otwiera zaśniedziały skarbczyk z przeterminowanymi mądrościami i udaje, że jest najlepsza na świecie! Starość nosi moherowy beret.
Nie lubię starości. Nie wiem, czy będę umiała się z nią przywitać i zaprosić na herbatę, jak do mnie przyjdzie.
Może zrobię jej psikusa i zaproszę na wspólną przebieżkę? Może ją przechytrzę i ucieknę jej? Wezmę ją do siebie tylko pod warunkiem, że mnie przegoni.
Rano biega się najlepiej, wtedy starość jest bardziej ruchliwa niż popołudniu.
Rano jest najfajniej, jak wstaje słońce.
Rano starość szybciej można przegonić!
Zaklinam cię 'rano' - bądź dla mnie już zawsze!
to mówiłam ja - wariatka :)
źródło: www.zimbio.com
niedziela, 4 sierpnia 2013
Czternastka
Przebiegłam swoje pierwsze czternaście 'longiem' :-) Czas o dziesięć minut krótszy niż dwanaście km dwa tygodnie temu. Milowy krok do półmaratonu. Niestety popełniłam ten dystans z dużym błędem - z za małym zasobem energetycznym, co okupiłam złym samopoczuciem przez dwa dni.
Poczułam ten błąd na dziesiątym kilometrze. Na szczęście spotkałam na swojej drodze biegacza, który wyprzedził mnie dwa razy i zmobilizował tym samym do walki! Zapłaciłam jednak sowicie za popełniony błąd.
Podczas biegu myślałam jednak głównie o technice biegu,o tym jak stawiać stopy,by nie obciążać kolan, o tym, że wybrałam sobie dość trudną trasę, o pogodzie (był upał), o strachu, kiedy biegłam w lesie.
Myślałam też trochę o mojej rodzinie,jednak te myśli nie różniły się niczym od tych,które miewam nie biegając. Nie myślałam o tym, że trochę się krzywdzę wydatkując tak wiele energii nie dając sobie nic w zamian.
Czasem człowiek myśląc o sukcesie, nie myśli o konsekwencjach ;)
Kiedy następnego dnia po biegu przejrzałam dane o biegu, nie ukrywam, mocno się przestraszyłam. Spaliłam bardzo dużo kalorii, a byłam tylko o jednym bananie. To zdecydowanie nie było dobre posunięcie.
Nie należy jednak się samoumartwiać z tego powodu, a raczej wyciągać wnioski.
Wiem już, że więcej tego błędu nie popełnię (szczególnie, że moje samopoczucie przypominało mi o tym przez dwa dni).
Miałam tu jednak pisać o tym, co przychodzi mi do głowy podczas biegania. I tak się zastanawiam własnie czym te myśli różniły się od innych - podczas nie biegania.
Chciałam ten bieg jak najszybciej skończyć (szczególnie po 10 km), ale chciałam też popełnić minimum 13 km, więc walczyłam do końca.
Myślałam dużo o trasie, po której biegłam - zastanawiałam się dokąd doprowadzi mnie ścieżka, czy chodnik się skończy i będę musiała biec ulicą...pierdolety.
Chyba jednak nie było to inspirujące doświadczenie literackie.
Zostawiam to więc, by móc cieszyć się z osiągnięć bardziej fizycznych.
Popełniłam czternaście i na tym nie poprzestanę!
Pozdrawiam
środa, 31 lipca 2013
Ranny wyrzyg
Fajnie biega się rano, kiedy świat budzi się do życia. Kaczki w parku ledwo przecierają oczy i zwlekają się z mokrej od rosy trawy. Widać ich czerwone nóżki...
Rano więcej jest 'zwyrodnialców' biegowych. Fajnie się na nich patrzy. Widzimy siebie nawzajem. Machamy do siebie, uśmiechamy się, pozdrawiamy.
Więcej też jest pań po 50. Są fajne. Ubrane wszystkie tak samo - w za duże koszulki albo nawet koszule z kołnierzykiem i do tego rybaczki, za szerokie i lekko przyduże. Rozciągają się, chodzą z kijkami albo truchtają. Jestem zauroczona. I na forum oficjalnie im dziękuję, bo to naprawdę mobilizujący widok. I fajnie jest widzieć, że społeczeństwo się rusza, to daje nadzieję.
Mam tylko jeden taki mały, a w zasadzie duży i ważny apel - ludzie nie wylewajcie na siebie wiadra perfum! Po przebiegnięciu 500 metrów, podczas których minęłam 4 osoby, czułam, że za chwilę się porzygam. Każda z tych osób pachniała inaczej, ale każda bardzo intensywnie. Mijam kogoś, a jeszcze 10 metrów za nim ciągnie się zapach. Nie żebym miała coś przeciw zapachom, wręcz odwrotnie, sama ich używam i lubię. Ale, na litość boską, kiedy wszystko to zmieszało mi się w nosie, mało brakowało a musiałabym skręcić w krzaki za potrzebą wyrzygania wszystkiego, co właśnie zwąchałam.
Ale poza tym bieganie rankiem jest naprawdę miłe, słońce wschodzi, jest ładnie.
Rano więcej jest 'zwyrodnialców' biegowych. Fajnie się na nich patrzy. Widzimy siebie nawzajem. Machamy do siebie, uśmiechamy się, pozdrawiamy.
Więcej też jest pań po 50. Są fajne. Ubrane wszystkie tak samo - w za duże koszulki albo nawet koszule z kołnierzykiem i do tego rybaczki, za szerokie i lekko przyduże. Rozciągają się, chodzą z kijkami albo truchtają. Jestem zauroczona. I na forum oficjalnie im dziękuję, bo to naprawdę mobilizujący widok. I fajnie jest widzieć, że społeczeństwo się rusza, to daje nadzieję.
Mam tylko jeden taki mały, a w zasadzie duży i ważny apel - ludzie nie wylewajcie na siebie wiadra perfum! Po przebiegnięciu 500 metrów, podczas których minęłam 4 osoby, czułam, że za chwilę się porzygam. Każda z tych osób pachniała inaczej, ale każda bardzo intensywnie. Mijam kogoś, a jeszcze 10 metrów za nim ciągnie się zapach. Nie żebym miała coś przeciw zapachom, wręcz odwrotnie, sama ich używam i lubię. Ale, na litość boską, kiedy wszystko to zmieszało mi się w nosie, mało brakowało a musiałabym skręcić w krzaki za potrzebą wyrzygania wszystkiego, co właśnie zwąchałam.
Ale poza tym bieganie rankiem jest naprawdę miłe, słońce wschodzi, jest ładnie.
wtorek, 30 lipca 2013
Biegiem w ciemną waginę
Jakkolwiek dziwnie brzmi ten tytuł, znaczenie ma jednak solidne!
Wróciliśmy z wakacji. Wakacji od pracy, wakacji od codziennych zmagań, wakacji od stręczących myśli, wakacji od biegania... Tak, od biegania też. Nieco żałowałam, ale tylko nieco, bo tam, gdzie byliśmy było wyjątkowo gorąco i bieganie można było uprawiać wyłącznie wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. A po naszych eskapadach z pewnością i tak nie miałabym już na to siły.
Dlatego właśnie podczas wakacji nie biegałam, ale też nie nie robiłam nic (milion zaprzeczeń...) - chodziłam, jeździłam rowerem, pływałam i znowu chodziłam.
Ale w końcu wróciłam do domu, do pracy i do nawyków sprzed wakacji. I do biegania.
Przed wyjściem zastanawiałam się o czym będę myśleć jak będę biegać. Czy znowu nie przyjdzie mi do głowy żaden kreatywny pomysł, czy będę myśleć o tym, co mam myśleć, czy zmęczę się tym masłem maślanym, czy raczej pomoże mi to wykreować jakąś nową myśl?
I stało się... odziałam się w strój specjalny i buty też i wyszłam z domu. Odczekałam aż czasomierz, pulsometr i GPS w jednym zlokalizuje satelitę i ruszyłam.
Wbiegłam do parku mijając grupkę zmierzwionych chłopaczków siedzących na schodach. Wyglądali nieco podejrzanie, ale ja po zmroku obawiam się co trzeciej osoby, więc żadna tam ze mnie wyrocznia.
Biegnę. Myślę. Czy dam radę przebiec szóstkę w czterdzieści? Czy zaraz zaczną boleć mnie łydki? Czy znowu będę miała problem z tętnem? Kiedy poczuję zmęczenie...Jak tam moje kolana, przy okazji - pamiętaj, nie odchylaj kolana od poziomu miednicy. Boże czemu jest tak ciemno? Jest coraz ciemniej, biegnę. Park dziurawy zacerowany jedynie kilkoma latarniami. Biegnę. Po lewej stronie widzę dziewczynę. Idzie. Trochę biegnie. Ale mało. Ja w sumie też, ale nikt nie zabroni mi powiedzieć tego o tej innej biegającej. Biegnę. Patrzę przed siebie. Zastanawiam się, czy ta dziewczyna ma taki trening, że trochę idzie a trochę biegnie (może nawet biegnie szybko - nie widzę, bo jest za ciemno i nie widzę), czy po prostu ma jeszcze mało doświadczenia? No nie wiem. Biegnę. Znowu patrzę przed siebie - jezuuu, widzę wielką, ciemną waginę! To straszne, czy nie ma odwrotu? Nie, no przecież nie będę robić z siebie wariatki i nie zawrócę teraz na środku chodnika w jedną stronę, bo przecież jak zawrócę, to będę miała tylko 500 metrów przed sobą do biegania. Dramat jakiś. No to biegnę. Ogromna wagina jest coraz bliżej. Za nią tylko ciemność, żadnego światła, cienia żadnego, nic. null. Jest coraz gorzej. Czy ta wielka wagina mnie wciągnie? Czy widzę ją dlatego, że przed wyjściem z domu w telewizorze puszczali właśnie program dokumentalny o kobietach pracujących w branży porno? Nadal jestem przerażona, ale wagina zbliża się nieuchronnie. Nie mam odwrotu, wbiegam w nią.... Przebiegłam przez tą dziwną 'bramę' i w oddali zobaczyłam światło latarni. Matko jedyna, to było dziwne. No nic, muszę biec dalej. Biegnę. Z lewej zbliża się dziewczyna biegająco-chodząca. Napiera z lewej, zawraca, mijamy się. Nie patrzę na nią. Bo nie mam ochoty. Biegnę. Wbiegam pod tunel. Lecę, pędzę, zastanawiam się o czym by tu pomyśleć - może o mojej przyszłości, może o moim związku, relacji mojej, może...W oddali widzę uciekającą koszulkę. Jakby piłkarską. Gonię. Kurcze, biegnie szybko. Gonię. Znika za krzakami. Jezu, a jak to nie biegacz i wyskoczy zaraz zza tych krzaków i będzie chciał coś mi zrobić? Aaaach, miałam przecież myśleć o moim życiu, o moich planach na przyszłość... O dziewczyna biegnie, jak śmiesznie biegnie. Fajną ma koszulkę - taką czarną z białą kokardką przy dekoldzie. Chyba mam podobną, tylko nie czarną. O biegnie za nią następna, cała na czarno, że niby taka niewidoczna, wyszczuplona.
Mijamy się, nie patrzę na nią. Mam twarz rozpaloną, całą czerwoną na pewno, to po co mam jeszcze patrzeć i widzieć jak mi się przygląda.
Biegnę. Koszulka piłkarska uciekła. Może pobiegła w lewo, to ja lecę w prawo. Nieźle jest, trochę jaśniej. Blisko ulicy, dużo tirów. Nie jest to fajne miejsce do biegania, ale przynajmniej latarnie świecą. Ojej, zegarek pika - alarm daje znać, że tętno za wysokie. I się zaczęło. Jak ja mam biegać, żeby to tętno utrzymać w ryzach? Żeby ono tak szybko nie wzrastało? Kiedy ja chcę trochę szybciej, bo przecież szybciej też trzeba biec, to ono hyc i już przy 85%, a ja dziś tylko do 85% mogę. I co tu robić? Biegnę, kończy się ulica z latarniami, trzeba skręcić do parku. Znowu ciemno. Biegnę szybciej. Biegnę, bo czas leci, a ja nic nie wymyśliłam jeszcze przecież. I ciemność wszechogarniająca. Gdyby teraz ktoś wyskoczył zza krzaka, przecież umarłabym na zawał serca. Lecę, tętno wzrasta, zegarek pika. A w cholerę niech pika. Znowu kilka łebków widzę z daleka, cieni w zasadzie, nie wiem mężczyźni to, chłopcy, czy dziewczyny... nie ważne, trzeba gonić pędzić, bo ciemno coraz bardziej. Jakoś przed 22.00 będzie, więc nie ma się co tu rozwodzić i trzeba wracać. Nikt tu nie biega już. Mijam Pana Tuptusia z fajką w jednej i flaszką chowanego taniego wina w drugiej ręce. Patrzę na zegarek - minęła 41 minuta, szybko dobiegam do wyjścia z parku i słyszę jeszcze za sobą - 'to ktoś tu jeszcze o tej porze biega..' Dobiegam do ulicy. Zatrzymuję stoper, zatrzymuję siebie. Światła są, droga do domu bezpieczna. Idę. Mało brakowało, a zjadłyby mnie wszystkie moje strachy.
Kurcze, ale miałam przecież dojść do wniosków jakiś, rozwiązać problem, albo plany życiowe postanowić.... Cholera, znowu nic...
Jutro znowu idę biegać. Może wtedy.
Tylko chyba pójdę rano, może będzie jaśniej i nie będę musiała biegać przez waginę.
Na koniec zdjęcia z wakacji:
Jedzenie - jest ważne, bardzo ważne:)

Wróciliśmy z wakacji. Wakacji od pracy, wakacji od codziennych zmagań, wakacji od stręczących myśli, wakacji od biegania... Tak, od biegania też. Nieco żałowałam, ale tylko nieco, bo tam, gdzie byliśmy było wyjątkowo gorąco i bieganie można było uprawiać wyłącznie wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. A po naszych eskapadach z pewnością i tak nie miałabym już na to siły.
Dlatego właśnie podczas wakacji nie biegałam, ale też nie nie robiłam nic (milion zaprzeczeń...) - chodziłam, jeździłam rowerem, pływałam i znowu chodziłam.
Ale w końcu wróciłam do domu, do pracy i do nawyków sprzed wakacji. I do biegania.
Przed wyjściem zastanawiałam się o czym będę myśleć jak będę biegać. Czy znowu nie przyjdzie mi do głowy żaden kreatywny pomysł, czy będę myśleć o tym, co mam myśleć, czy zmęczę się tym masłem maślanym, czy raczej pomoże mi to wykreować jakąś nową myśl?
I stało się... odziałam się w strój specjalny i buty też i wyszłam z domu. Odczekałam aż czasomierz, pulsometr i GPS w jednym zlokalizuje satelitę i ruszyłam.
Wbiegłam do parku mijając grupkę zmierzwionych chłopaczków siedzących na schodach. Wyglądali nieco podejrzanie, ale ja po zmroku obawiam się co trzeciej osoby, więc żadna tam ze mnie wyrocznia.
Biegnę. Myślę. Czy dam radę przebiec szóstkę w czterdzieści? Czy zaraz zaczną boleć mnie łydki? Czy znowu będę miała problem z tętnem? Kiedy poczuję zmęczenie...Jak tam moje kolana, przy okazji - pamiętaj, nie odchylaj kolana od poziomu miednicy. Boże czemu jest tak ciemno? Jest coraz ciemniej, biegnę. Park dziurawy zacerowany jedynie kilkoma latarniami. Biegnę. Po lewej stronie widzę dziewczynę. Idzie. Trochę biegnie. Ale mało. Ja w sumie też, ale nikt nie zabroni mi powiedzieć tego o tej innej biegającej. Biegnę. Patrzę przed siebie. Zastanawiam się, czy ta dziewczyna ma taki trening, że trochę idzie a trochę biegnie (może nawet biegnie szybko - nie widzę, bo jest za ciemno i nie widzę), czy po prostu ma jeszcze mało doświadczenia? No nie wiem. Biegnę. Znowu patrzę przed siebie - jezuuu, widzę wielką, ciemną waginę! To straszne, czy nie ma odwrotu? Nie, no przecież nie będę robić z siebie wariatki i nie zawrócę teraz na środku chodnika w jedną stronę, bo przecież jak zawrócę, to będę miała tylko 500 metrów przed sobą do biegania. Dramat jakiś. No to biegnę. Ogromna wagina jest coraz bliżej. Za nią tylko ciemność, żadnego światła, cienia żadnego, nic. null. Jest coraz gorzej. Czy ta wielka wagina mnie wciągnie? Czy widzę ją dlatego, że przed wyjściem z domu w telewizorze puszczali właśnie program dokumentalny o kobietach pracujących w branży porno? Nadal jestem przerażona, ale wagina zbliża się nieuchronnie. Nie mam odwrotu, wbiegam w nią.... Przebiegłam przez tą dziwną 'bramę' i w oddali zobaczyłam światło latarni. Matko jedyna, to było dziwne. No nic, muszę biec dalej. Biegnę. Z lewej zbliża się dziewczyna biegająco-chodząca. Napiera z lewej, zawraca, mijamy się. Nie patrzę na nią. Bo nie mam ochoty. Biegnę. Wbiegam pod tunel. Lecę, pędzę, zastanawiam się o czym by tu pomyśleć - może o mojej przyszłości, może o moim związku, relacji mojej, może...W oddali widzę uciekającą koszulkę. Jakby piłkarską. Gonię. Kurcze, biegnie szybko. Gonię. Znika za krzakami. Jezu, a jak to nie biegacz i wyskoczy zaraz zza tych krzaków i będzie chciał coś mi zrobić? Aaaach, miałam przecież myśleć o moim życiu, o moich planach na przyszłość... O dziewczyna biegnie, jak śmiesznie biegnie. Fajną ma koszulkę - taką czarną z białą kokardką przy dekoldzie. Chyba mam podobną, tylko nie czarną. O biegnie za nią następna, cała na czarno, że niby taka niewidoczna, wyszczuplona.
Mijamy się, nie patrzę na nią. Mam twarz rozpaloną, całą czerwoną na pewno, to po co mam jeszcze patrzeć i widzieć jak mi się przygląda.
Biegnę. Koszulka piłkarska uciekła. Może pobiegła w lewo, to ja lecę w prawo. Nieźle jest, trochę jaśniej. Blisko ulicy, dużo tirów. Nie jest to fajne miejsce do biegania, ale przynajmniej latarnie świecą. Ojej, zegarek pika - alarm daje znać, że tętno za wysokie. I się zaczęło. Jak ja mam biegać, żeby to tętno utrzymać w ryzach? Żeby ono tak szybko nie wzrastało? Kiedy ja chcę trochę szybciej, bo przecież szybciej też trzeba biec, to ono hyc i już przy 85%, a ja dziś tylko do 85% mogę. I co tu robić? Biegnę, kończy się ulica z latarniami, trzeba skręcić do parku. Znowu ciemno. Biegnę szybciej. Biegnę, bo czas leci, a ja nic nie wymyśliłam jeszcze przecież. I ciemność wszechogarniająca. Gdyby teraz ktoś wyskoczył zza krzaka, przecież umarłabym na zawał serca. Lecę, tętno wzrasta, zegarek pika. A w cholerę niech pika. Znowu kilka łebków widzę z daleka, cieni w zasadzie, nie wiem mężczyźni to, chłopcy, czy dziewczyny... nie ważne, trzeba gonić pędzić, bo ciemno coraz bardziej. Jakoś przed 22.00 będzie, więc nie ma się co tu rozwodzić i trzeba wracać. Nikt tu nie biega już. Mijam Pana Tuptusia z fajką w jednej i flaszką chowanego taniego wina w drugiej ręce. Patrzę na zegarek - minęła 41 minuta, szybko dobiegam do wyjścia z parku i słyszę jeszcze za sobą - 'to ktoś tu jeszcze o tej porze biega..' Dobiegam do ulicy. Zatrzymuję stoper, zatrzymuję siebie. Światła są, droga do domu bezpieczna. Idę. Mało brakowało, a zjadłyby mnie wszystkie moje strachy.
Kurcze, ale miałam przecież dojść do wniosków jakiś, rozwiązać problem, albo plany życiowe postanowić.... Cholera, znowu nic...
Jutro znowu idę biegać. Może wtedy.
Tylko chyba pójdę rano, może będzie jaśniej i nie będę musiała biegać przez waginę.
Na koniec zdjęcia z wakacji:
Jedzenie - jest ważne, bardzo ważne:)
Widok
Plaża

Subskrybuj:
Posty (Atom)

